wtorek, 20 stycznia 2009

3 dni

Ja nie chcę narzekać na swoją drogę do Hiszpanii, ale chyba inaczej się nie da. Ruszyłam w piątek zaraz po szóstej rano i właściwie przez całą Polskę i całe Niemcy padał śnieg, czyli było ślisko. Zaraz po wyjeździe spędziłam trzy godziny w serwisie samochodowym, ale udało mi się z niego wyjechać. Przy wyjeździe z Tarnowa zatrzymała mnie straż graniczna. Z Tarnowa trochę jest tych kilometrów do granicy, a ja naprawdę nie wiem dlaczego zatrzymali akurat mnie. Droga przez Niemcy to istna męka. Ruch wyglądał tak jak wyjazd z Warszawy w piątek wieczorem. Skończyło się na tym, że pierwszego dnia dojechałam tylko do Norymbergii i to błądząc po drodze. Mimo niskich osiąganych prędkości przez całe Niemcy widziałam dwa masakrastyczne wypadki, i to spowodowane przez polskich kierowców. Jeden zaraz przy granicy, a drugi kolejnego dnia za Norymbergią. Gdyby przez cb radio nie mówili, że to wypadek nie domyśliłabym się tego po małych, porozrzucanych na wielu kilometrach kawałkach blachy. We Francji.....autostrady były cudne, puste, ładna pogoda, sucho. Rzadko kiedy coś nimi jechało. Za to duzo wiecej kamer i fotoradarów. Te ostatnie nie wyglądaja jak te polskie. Podczas gdy przygladałam się jednemu, który mi przypominał baterię słonecznę źle ustawiona, to coś błysnęło mi flashem. A jechałam aż 120 kmh. Ograniczenie było 110, a to dla francuzów straszne wykroczenie. Nic mi się tak nie dłużyło jak te kilometry na francuskich drogach....Drugiego dnia dotarłam do granicy z Hiszpanią i przenocowałam po hiszpańskiej stronie. Trzeciego dnia w południe byłam w Madrycie, a do Alicante pojechałam ostatecznie w poniedziałek rano. W Hiszpanii nie widząc tylu fotoradarów i patroli, zignorowałam zupełnie ograniczenie 120!! kmh dzięki czemu drogę przez Półwysep Iberyjski wspominam najmilej. Szczegolnie trasę z Zaragozzy do Madrytu. Serpentyny przez przepołowione góry z cudownymi widokami i ograniczeniem wciąż 120 kmh. Francuzi z ich jazdą by się tam pozabijali. Niemcy wstawili by bardziej odpowiednie znaki niż 120 kmh na serpentynach górskich. Tam jesli już są ograniczenia to w pełni odpowiadają stawianym na drodze wymaganiom. Ostatecznie wyszło 3600 km, zamiast planowanych 3200. Po Alicante najpierw błądziłam ponad godzine, później szukałam parkingu ponad trzy godziny. Mapę jest bardzo ciężko kupić. Na stacjach ich nie ma, a w kioskach dziwią się że pytam o cos takiego jak mapę. W końcu udało mi się kupić, ale bez zanzcaonych kierunków na drogach jednokierunkowych. A że w Alicante są prawie same jednokierunkowe to mapa okazała się całkowicie bezużyteczna. Sam hostel jest całkiem niezły, w zabytkowej części miasta obok zamku Św. Barbary. Jest kilkadziesiat metrów do morza, a otaczające hostel wąski uliczki są naprawdę malownicze. Samo miasto nie jest zbyt ładne. Dobrze, że uczelnia jest w małym miasteczku pod Alicante, to zamierzam tam znaleźć sobie pokój. W Alicante jest zdecydowanie za duzo samochodów i nie wyobrażam sobie co będzie w sesonie gdy zjadą się turyści. Miasto można porównać do polskich znanych miejscowości nadmorskich. Trzeba je tylko powiększyć, wcisnąć samochody w każdą wolną przestrzeń i jesli jeszcze zostanie coś wolnego miejsca to posadzić tam palme. Jesli jeszcze ozywimy kolory to dostaniemy właśnie obraz Alicante. No dobra, marina jest w porcie ogromna i stoi masa luksusowych jachtów. Miasteczko akademickie jest bardzo duże i mimo, że w oficina de movilidad dostałam mapkę campusu, to żaden budynek nie jest podpisany i ciężko mi się tam odnaleźć. Z zamku co piętnaście minut dobiega dźwięk dzwonów....

2 komentarze:

  1. 3dni przeczytane jednym tchem :)

    ale czepię się - lepiej by się czytało akapitami, nie jednym tekstem :P

    OdpowiedzUsuń
  2. jak to sie mowi w necie TL;DR - too long didnt read. Zdjęcia fajne i w ogole fajnie ze tego bloga zalozylas. I fajne jeszcze ze ten, ze uchwycasz na zdjeciach slamsy tamtejszego zascianka :P. btw to oczywiscie ja heniek ;)

    OdpowiedzUsuń