środa, 28 stycznia 2009

Que mala onda....

Jaki może być poziom nauczania na Uniwersytecie w Alicante? Gorzej niż źle, z założeniem, że wyjątkiem potwierdza regułę.
Teoria z matematyki finansowej była tak nudna, że miałam ochotę zmyć się przed końcem, ale jakoś dotrwałam. Poziom na zajęciach z inżynierii finansowej poniżej wszelkiej krytyki. Miałam wrażenie, że gość sam nie kuma o czym mówi. Ale nic nie przebije Angielskiego w biznesie. Mogłam się dowiedzieć jakie są różnicę między czasem present simple a present continuous. Co oznacza słowo issue, research, retailer czy account. Poza tym kobieta mówiła prawie cały czas po hiszpańsku.
Gardziłabym tą uczelnią, gdyby nie zajęcia praktyczne z matematyki finansowej :D Siedziałam jak na szpilkach modląc się, żeby mnie kobieta czasem o coś nie zapytała albo żebym nie musiała iść do tablicy. Nie rozumiałam ich oznaczeń, nie wiedziałam kiedy chodzi o rente składaną, z dołu, z góry, no i nie wzięłam kalkulatora...ani finansowego ani matematycznego....
Dlatego nie będę chodzić na matematykę finansową :D Trochę uderzyły te zajęcia w moją ambicję, ale nie bedę rozkminiac ich oznaczeń i kupowac nowego kalkulatora. I to był ten wyjątek. Połowa tygonia za mną i nie licząc matematyki, o której chcę szybko zapomnieć, to zajęcia nudne i na niskim poziomie.
P.S. Matma byłaby w poneidziałek o 8 , wiec nie mam czego żałować :D

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Z życia erasmusa 2




















Kto może mieszkać w budynku głównym uczelni w namiotach? Odpowiedź nie jest trudna :D Tak, studenci erasmusa :D Jakby nie patrzeć, musi być bardzo tanio. Chociaż z drugiej strony....Ile jest przedmiotów w ofercie UA gdzie językiem wykładowym jest angielski? Dobre pytanie, bo zależy kto pyta. Jeśli jesteś hiszpanem studiującym na UA jest ich dość dużo. Jeżeli jesteś z erasmusa to jeśli chcesz chodzić na taki przedmiot to za każdy płacisz 150 euro. A niektórzy studenci nie mają wyjścia bo nie mówią po hiszpańsku prawie w ogóle. Dlatego mam wątpliwości czy te miejscówki dla namiotów są darmowe....

Dziś miałam pierwsze zajęcia. W auli A3. Ale wszystkie aule w Aulario I zaczynały się od A3. A że zajęcia miałam o 8 i dotarąłm dość późno to weszłam do pierwszej lepszej auli nie mając pojęcia o czym będą tam do mnie mówić. Studentów dość dużo jak na tą godzinę- około 30. Profesor min 60 lat i sepleni coś po nosem. Najpierw mówi coś o jakiejś nowej książce, później o innych profesorach, że generalnie są beznadziejni bo uczą np zarządzania a nigdy nie zarządzali firmą. Ciężko się nie zgodzić. Później zaczyna narzekać na partie polityczne w Hiszpanii. Baaaaardzo mało rozumiałam, i co chwilę zmieniałam zdanie na temat tego, jak może nazywać się ten przedmiot. Wchodzi jakiś spóźniony gość i siada blisko mnie. Słucha chwile o czym gada gość z przodu i po chwili pyta się mnie co to za zajęcia. Mówię mu szczerze, że nie wiem....On do mnie, że to miała być matematyka. Więc byłam blisko. Kończy się pierwsze 45 min. Na drugich gość przechodzi do rzeczy. To jednak matematyka :D Tłumaczy jak w przedszkolu. Suma finansowa, na kilka sposobów. Głuchy by zrozumiał po tym co pisał. Profesor ma kilka uwag do egzaminu. Opowiada anegdotę, jak to kiedyś zapisali się do niego na ten przedmiot studenci z erazmusa. Włosi. Na egzamin przynieśli takie duże słowniki hiszpańsko włoskie bo mówią, że nie rozumieją treści zadań. Okazało się, że mieli tam ściągi i ich zawiesili.
Czy to ostre potraktowanie studentów z erasmusa? U nas pewnie by było. Tu widać, że mają trochę dość erasmusów i problemów, które oni sprawiają dlatego jesteś erasmusem i myślisz, że będziesz mieć taryfę ulgową? Nie, będziesz mieć gorzej.

Poza tym było dzić postkanie z koordynatorem wydziału. Na którym usłyszeliśmy, że najważniejsze rzeczy powinni nam już powiedzieć na innych spotkaniach, a tak w ogóle to nie bardzo mają dla nas czas. A ludzie z mojego wydziału to głównie.....hmmm...stereotypowi ludzie studiujący zarządzanie w jakiejśtam wyższej szkole.

Dobra, a to są drzewa pomarańczowe rosnące na uczelni:

















Uwaga! Ich się nie je. Pierwszego dnia Andrea- z nią już nie chce utrzymywac kontaktu, zerwała kilka i nas poczęstowała. Hmmm.....















To u góry to zachód słońca bez słońca, bo słońce było z drugiej strony. Jeśli to zdanie ma jakiś sens :D A to na dole to ładna chmurka przy zachodzie
















To na dole to widok z tarasu hostalu.
















To na dole to ponownie pseudozachód
















To na dole to widok z tarasu, ale na inną stronę. Budynek to zamek Św. Marty co mi dzwoni co 15 minut















Poznałam dziś Rumunkę. Prawda, że mamy złe zdanie o tym narodzie? I chyba nie są to tylko stereotypy....Ale Blanka jest bardzo w porządku. Trochę nieśmiała i nie lubi imprez, ale bardzo przyjazna. Poza tym zaprosiła mnie na jutro na obiad :) I sama zdaje sobie dobrze sprawę, jak postrzegani w Europie są Rumuni. Przyznała, że miała duży problem ze znalezieniem pokoju. Kiedy ktoś słyszał, że jest Rumunką to już nie było aktualne. Trochę mi jej szkoda...Widać, że ma kompleksy na punkcie swojego pochodzenia. Ale jakby nie patrzeć git kobietka :D


P.S. Dziś czekałam kilka godzin na kolejne zajęcia, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że kurs został anulowany.

sobota, 24 stycznia 2009

Szalone hiszpańskie wiatry

Dzieci nie chodzą do szkoły, w niektórych regionach najwyższy stopień zagrożenia i totalna dezorganizacja. A to tylko wiatr. No może nie tylko, bo on nie wieje ale piździ i nie da się nic robić. Chciałam zrobić filmik żeby pokazać siłę tego wiatru ale wyszło trochę średnio, poza tym zaczęły mnie atakować na tarasie doniczki i wolałam się ewakuować. Może później jeśli wybierzemy się na zwiedzanie mojego ulubionego zamku to uda mi się nakręcić coś innego. Tylko mam problem z aparatem, bo nie wzięłam ładowarki do baterii, a w media markcie nie ma ani ładowarek ani takich baterii.



P.S. Dziś w mojej kafejce zobaczyłam, że obrazy podpisane są polskim nazwiskiem. Mówię do gościa, że to polskie nazwisko i ja też jestem z Polski. I to był błąd, bo okazało się, że kobieta ta jest jego szefową i chyba jej nie lubi.

piątek, 23 stycznia 2009

Castillo i brak flagi

Bo mój hostel jest tuż pod zamkiem. A ten zamek jest zazwyczaj dobrym punktem orientacyjnym. Zazwyczaj, a raczej rzadko, bo miasto jest "pagórkowate" i rzadko jest on widoczny. Szczególnie gdy niebo jest zachmurzone można naprawdę stracić orientację. Pełna wiary w siebie wybrałam się dziś na poszukiwanie najbliższego supermarketu zostawiając mapę w hostelu. W końcu nie szłam daleko. Tylko tutaj rzadko gdzie są supermarkety. Trafiłam w końcu na Plaza de Luceros o którym wcześniej nie słyszałam i nawet była tam Mercadona. Wychodząc ze sklepu zaczęłam rozglądać się za zamkiem-od wczoraj w Alicante załamanie pogody i niebo całkowicie zachmurzone. Nie ma szans wyznaczyć kierunku północnego. Ku mej radości ujrzałam w oddali zamek. Ruszyłam w jego kierunku trochę się dziwiąc, że nie poznaję żadnych ulic. Nie chciałam się nikogo pytać o drogę wciąż wierząc w swoje możliwości. Zamek widziałam tylko na początku i później straciłam go z oczu. Trochę mnie dziwił brak widocznej flagi na szczycie. Szłam z dobre pół godziny z pięciolitrową wodą i innymi zakupami. W końcu ponownie ujrzałam zamek i stwierdziłam, że chyba jestem z jego drugiej strony niż mieszkam. To stwierdziłam, że go obejdę- to powinno być maksymalnie 20 min drogi. Wszystko ok, tylko że to był inny zamek. Bo okazało się, że w Alicante są dwa. I chyba coś średnio z moim wzrokiem skoro nie zauważyłam, że to inny zamek na wzgórzu.

Fiesta bienvenidos

To nie jest tak, że ja mało wypiłam przed albo w trakcie imprezy powitalnej dla erasmusów. Ja tam po prostu nie pasowałam :D Andrea na pre przyprowadziła trzech argentyńczyków, który trochę zdewastowali taras na dachu i nie wiem czy mnie nie wyrzucą z hostelu. Poznała ich na ulicy i poszli razem pić na plażę. Bynajmniej nie byli studentami. Na samej imprezie ekstry był dj. Widac, że porobiły się już grupki i tam ciężko było poznac kogoś nowego. Z drugiej strony ci co jeszcze nikogo nie poznali zapewne nie przyszli na imprezę. Było na niej jakieś 150 osób na 500 erasmusów.

Ta poniżej to Glenda-meksykanka mieszkająca na stałe w Arizonie.














A to Giullia-włoszka















A to zamek z trochę lepszego ujęcia
















Przy hostalu na placu Św. Marty jest bardzo przyjemna kafejka. Śniadanie jedyne 2,5 euro :D

P.S. Zapomniałam wcześniej napisać o czymś bardzo ważnym. Serdeczne pozdrowienia dla Staszka z Cargo Warszawa!!!

środa, 21 stycznia 2009

meksykanka, chilijka i włoszka

Ile może być erasmusów na uczelni w Alicante? Ja bym nie zgadła. Ponad 500! Na dzisiejszym spotkaniu informacyjnym o 12 było około 30 osób, i zdecydowana większość to były dziewczyny. Kilku chłopaków, którzy nie bardzo mówili po hiszpańsku :) Samo spotkanie bardzo pomocne i pokazało, że pobyt tu to nie będzie sielanka jeśli chodzi o same zajęcia. Podczas czekania na spotkanie poznałam trzy dziewczyny. Pierwszą Włoszkę, która umie liczyć po polsku do dziesięciu i studiuje filologię hiszpańską- mówi w tym języku naprawdę świetnie. Druga to meksykanka, która studiuje 'lenguas', taką filologię kilku języków. Ostatnia to Chilijka studiująca pedagogikę dziecięcą. Chilijka ma tak specyficzny akcent, że udaję że ją rozumiem ale nie mam pojęcia o czym do mnie rozmawia. W każdym razie ja ze swoimi finansami wypadam przy nich dość dziwnie. W poniedziałek jest spotkanie samych osób z mojego wydziału z koordynatorem, to może poznam kogoś kto studiuje coś podobnego do mnie. Jutro robimy u mnie małe pre w hostelu, a później na imprezę powitalną dla erasmusów- piwo gratis :)
Dziś przy drugim spotkaniu z Rene- mój przyszły współlokator- prawie go polubiłam. Nosi zbyt dużo żelu na włosach i przypomina Christiano Ronaldo z wyglądu i mam wrażenie, że się wywyższa. Ale w końcu on jest Hiszpanem a ja Polką z erasmusa. Albo sama sobie wmawiam, że się wywyższa albo naprawdę to robi. W mieszkaniu są trzy pokoje i trzeci zajmie również Hiszpanka, co mnie cieszy ze względu na szlifowanie języka.
P.S. Przy omawianiu z dziewczynami naszego pre zapytały się co się je w Polsce przy piciu. Bo one chciały kupić "patatas" co dosłownie oznacza ziemniaki. Nie wiem czy chodziło im o chipsy o może chciały je usmażyć na słońcu. W kazdym razie na ich pytanie odpowiedziałam równie dziwnie. Nie umiejąc przetłumaczyć słowa śledziki i grzybki powiedziałam, że jemy pescados czyli ryby i mushrooms. Trochę się przestraszyły i ostatecznie będziemy pić tylko piwa.














Jeszcze trochę pożyję i i stanie się to moim mottem

wtorek, 20 stycznia 2009




















Stara część Alicante















Widok na plażę















Wybrzeże widoczne w oddali to Benidorm- najmodniejsza hiszpańska plaża
















































To po lewej to parking-trochę prymitywny, ale w tym mieście naprawdę o niego ciężko















Zamek Św. Barbary. Na szczycie powiewa hiszpańska flaga. Wiatr w momencie ujęcia wiał w złą stronę i słabo ją widać























kościół św. Marty przy moim hostelu





















La Milagrosa- mój hostel, jeszcze przez 10 dni















Budynek mojego wydziału
















campus




















to też campus















i to również

3 dni

Ja nie chcę narzekać na swoją drogę do Hiszpanii, ale chyba inaczej się nie da. Ruszyłam w piątek zaraz po szóstej rano i właściwie przez całą Polskę i całe Niemcy padał śnieg, czyli było ślisko. Zaraz po wyjeździe spędziłam trzy godziny w serwisie samochodowym, ale udało mi się z niego wyjechać. Przy wyjeździe z Tarnowa zatrzymała mnie straż graniczna. Z Tarnowa trochę jest tych kilometrów do granicy, a ja naprawdę nie wiem dlaczego zatrzymali akurat mnie. Droga przez Niemcy to istna męka. Ruch wyglądał tak jak wyjazd z Warszawy w piątek wieczorem. Skończyło się na tym, że pierwszego dnia dojechałam tylko do Norymbergii i to błądząc po drodze. Mimo niskich osiąganych prędkości przez całe Niemcy widziałam dwa masakrastyczne wypadki, i to spowodowane przez polskich kierowców. Jeden zaraz przy granicy, a drugi kolejnego dnia za Norymbergią. Gdyby przez cb radio nie mówili, że to wypadek nie domyśliłabym się tego po małych, porozrzucanych na wielu kilometrach kawałkach blachy. We Francji.....autostrady były cudne, puste, ładna pogoda, sucho. Rzadko kiedy coś nimi jechało. Za to duzo wiecej kamer i fotoradarów. Te ostatnie nie wyglądaja jak te polskie. Podczas gdy przygladałam się jednemu, który mi przypominał baterię słonecznę źle ustawiona, to coś błysnęło mi flashem. A jechałam aż 120 kmh. Ograniczenie było 110, a to dla francuzów straszne wykroczenie. Nic mi się tak nie dłużyło jak te kilometry na francuskich drogach....Drugiego dnia dotarłam do granicy z Hiszpanią i przenocowałam po hiszpańskiej stronie. Trzeciego dnia w południe byłam w Madrycie, a do Alicante pojechałam ostatecznie w poniedziałek rano. W Hiszpanii nie widząc tylu fotoradarów i patroli, zignorowałam zupełnie ograniczenie 120!! kmh dzięki czemu drogę przez Półwysep Iberyjski wspominam najmilej. Szczegolnie trasę z Zaragozzy do Madrytu. Serpentyny przez przepołowione góry z cudownymi widokami i ograniczeniem wciąż 120 kmh. Francuzi z ich jazdą by się tam pozabijali. Niemcy wstawili by bardziej odpowiednie znaki niż 120 kmh na serpentynach górskich. Tam jesli już są ograniczenia to w pełni odpowiadają stawianym na drodze wymaganiom. Ostatecznie wyszło 3600 km, zamiast planowanych 3200. Po Alicante najpierw błądziłam ponad godzine, później szukałam parkingu ponad trzy godziny. Mapę jest bardzo ciężko kupić. Na stacjach ich nie ma, a w kioskach dziwią się że pytam o cos takiego jak mapę. W końcu udało mi się kupić, ale bez zanzcaonych kierunków na drogach jednokierunkowych. A że w Alicante są prawie same jednokierunkowe to mapa okazała się całkowicie bezużyteczna. Sam hostel jest całkiem niezły, w zabytkowej części miasta obok zamku Św. Barbary. Jest kilkadziesiat metrów do morza, a otaczające hostel wąski uliczki są naprawdę malownicze. Samo miasto nie jest zbyt ładne. Dobrze, że uczelnia jest w małym miasteczku pod Alicante, to zamierzam tam znaleźć sobie pokój. W Alicante jest zdecydowanie za duzo samochodów i nie wyobrażam sobie co będzie w sesonie gdy zjadą się turyści. Miasto można porównać do polskich znanych miejscowości nadmorskich. Trzeba je tylko powiększyć, wcisnąć samochody w każdą wolną przestrzeń i jesli jeszcze zostanie coś wolnego miejsca to posadzić tam palme. Jesli jeszcze ozywimy kolory to dostaniemy właśnie obraz Alicante. No dobra, marina jest w porcie ogromna i stoi masa luksusowych jachtów. Miasteczko akademickie jest bardzo duże i mimo, że w oficina de movilidad dostałam mapkę campusu, to żaden budynek nie jest podpisany i ciężko mi się tam odnaleźć. Z zamku co piętnaście minut dobiega dźwięk dzwonów....

czwartek, 15 stycznia 2009

wyjazd

Ruszam jutro o 6 rano. Trochę mam stresa związanego nie tyle z samą drogą, ale z tym co mnie czeka nie miejscu. Najpierw trzy dni w jakimś mega drogim hostelu, ale tańszego tam nie ma. I w tym czasie muszę sobie znaleźć jakiś pokój. Taki dziwny niepokój tuż przed wyjazdem..

wtorek, 6 stycznia 2009

Z życia erasmusa

Za dwa tygodnie wyjazd :) Do pokonania ponad 3 tysiące kilometrów samochodem. Byle nie padało i nie było mrozu.