Po meczu z Irlandią, (widziałam tylko bramki) postanowiłam i ja odnieść się do tego smutnego wydarzenia. Zdjęcie u góry zrobiłam przypadkiem w drodze na sobotni targ. Niestety zrobione zostało ono komórką i nie widać zbyt wyraźnie (można jednak w nie kliknąć i będzie większe. ) Niemniej jednak niewielkie trybuny zapełnione były rodzinami i kolegami zawodników. Chodzi mi tutaj o wiek graczy. Może nigdy nie zwróciłam na to uwagi, ale nie widziałam dzieci w Polsce w tak młodym wieku grających w zorganizowanej lidze (tydzień wcześniej pomarańczowi podejmowali inny zespół). Mamy ogromne oczekiwania w Polsce co do drużyny narodowej, ale nie żyjemy piłką nożną tak jak ludzie w innych krajach. Mecze ligowe nie są najważniejszym wydarzeniem weekendu. Nie śledzimy ich zbyt dokładnie (no chyba że gramy w lidze mieleckiej), bo to taki niski poziom że nie warto. Widok ludzi słuchających w biegu relacji meczowych przez komórkę nie jest u nas normalny. W telewizji programy o piłce nożnej ograniczają się do nudnych takich jak szybka piłka, albo do wspomnień jaką to wspaniałą drużynę mieliśmy kiedyś i jak to pięknie Lato grał i strzelał. Z samych narzekań i westchnień do przeszłości nic nie wyjdzie. Szybka piłka? Może na tym polega problem. Problemu polskiej piłki szybko nie da się rozwiązać, mimo że wszyscy byśmy chcieli. Może zacznijmy od siebie budować kulturę piłki nożnej. Ja np jak wrócę do Polski to zabiorę chrześniaka na mecz piłki nożnej, i nie będzie miało większego znaczenia czy będzie to Stal Mielec, Wisła Kraków, czy Polonia Warszawa.
poniedziałek, 30 marca 2009
czwartek, 19 marca 2009
Walencja i jej Fallas
Święto Józefa obchodzone jest najhuczniej w Walencji, i to w specyficzny sposób. Miasto wypełnione jest przeróżnymi konstrukcjami z różnych materiałów, które właśnie w św. Józefa są spalane. Spalane są wszystkie poza jedną, która została wybrana jako najlepsza.

Dotarłyśmy do Walencji wcześnie rano i prawie nikogo nie było na ulicach. Można było spokojnie oglądać Fallas- czyli wspomniane wcześniej konstrukcje. Spokój ten jednak szybko się skończył i zamienił w jakiś dramat.









Wbrew oczekiwaniom temat polityki i kryzysu nie dominował wśród fallas.


Nawet nie pastwili się bardzo nad Zapatero


Jedna z Fallas przedstawiała małpi cyrk. Dotyczyła ona trzech krajów- Polski, Rumunii i Szwajcarii. Niestety nie udało mi się rozpoznac postaci z Polski (Skrzypek??)


To na dole stanowi pierwotny element kosntrukcji, jednak na początku myślałyśmy, że ktoś po prostu zachował się jak zwierzę :D

A tu na dole już Walencja sama w sobie. Miasto duuuużo ładniejsze niż Alicante.




Poczekalnie w przychodzi publicznej.

A tu mamy pacjenta publicznego szpitala.

Karetka przewiezie maksymalnie tylko 14 trupów. (wszystkie napisy przy fallas były niestety tylko po "walencyjsku" i nie zawsze dało zrozumieć się sens)

Tu już konstrukcje z kwiatów. Zapach niesamowity :D





Ściana z kwiatów. Szkoda, że nie ma punktu odniesienia i nie widać jak duża jest...

Tu już jest punkt odniesienia :D To też z kwiatów.

Tu już przypadkiem odwiedziłyśmy wystawę poświęconą Chaplinowi. Całkiem w porządku. No i gratis :D


A to na dole to coś typowo hiszpańskiego.... Dużo hałasu, dużo dymu, wielki tłum i sztuczne ognie w dzień. Jesli będe mieć chęci i czas to wrzucę filmik z tego "wspaniałego" widowiska. Tak naprawdę to ciężko zrozumieć po co to było. Ale ok, to ich tradycja. Z tym, że petardy brzmiały w mieście cały dzień i bawili sie nimi wszyscy, nawet ci co ledwo umieli chodzić. Z drugiej strony widać, że są z nimi wychowani, bo nie słyszałam ani jednej karetki. Chyba, że służba zdrowia funkcjonuje tak jak to pokazywały fallas :D

Na dole plac główny miasta pół godziny po zakończeniu "pokazu". Była druga po południu i towarzystwo było juz dość mocno zrobione. Hiszpanie nie bardzo umieją używać koszy na śmieci, co widać szczególnie na takich imprezach. Śmieci są wszędzie, tylko nie w koszach.




Gdy już miałyśmy dość Fallas to poszłyśmy pod stadion, ale niestety Mestalla była zamknięta.


Na dole Falla "dziecięca", jak dla mnnie jedna z lepszych.




Na dole z kwiatkiem szczęścia :D


Na dole centrum sztuki i nauki.



I dalej zdjęć brak bo padła bateria. Zresztą nie zostałyśmy na "crema" czyli spalanie, bo miałyśmy serdecznie dość huku i dymu. Zresztą tłum na pewno dużo większy niż podczas wybuchów w południe, i w dodatku pijany na pewno w sztok.
Już kierując się powoli do domu widziałyśmy ogromną grupę ludzi z jednego osiedla, wszyscy przebrani za małe dzieci, w dobrych humorach, każdy grał na czym potrafił, szli śpiewając, grając i tańcząc w stronę głównego placu (była godzina 7, więc z ich tempem i na 22 czyli godzinę crema zapewne dotarli).
Jedno Hiszpanom trzeba przyznać- bawić to oni się potrafią.

Dotarłyśmy do Walencji wcześnie rano i prawie nikogo nie było na ulicach. Można było spokojnie oglądać Fallas- czyli wspomniane wcześniej konstrukcje. Spokój ten jednak szybko się skończył i zamienił w jakiś dramat.









Wbrew oczekiwaniom temat polityki i kryzysu nie dominował wśród fallas.


Nawet nie pastwili się bardzo nad Zapatero


Jedna z Fallas przedstawiała małpi cyrk. Dotyczyła ona trzech krajów- Polski, Rumunii i Szwajcarii. Niestety nie udało mi się rozpoznac postaci z Polski (Skrzypek??)


To na dole stanowi pierwotny element kosntrukcji, jednak na początku myślałyśmy, że ktoś po prostu zachował się jak zwierzę :D

A tu na dole już Walencja sama w sobie. Miasto duuuużo ładniejsze niż Alicante.




Poczekalnie w przychodzi publicznej.

A tu mamy pacjenta publicznego szpitala.

Karetka przewiezie maksymalnie tylko 14 trupów. (wszystkie napisy przy fallas były niestety tylko po "walencyjsku" i nie zawsze dało zrozumieć się sens)

Tu już konstrukcje z kwiatów. Zapach niesamowity :D





Ściana z kwiatów. Szkoda, że nie ma punktu odniesienia i nie widać jak duża jest...

Tu już jest punkt odniesienia :D To też z kwiatów.

Tu już przypadkiem odwiedziłyśmy wystawę poświęconą Chaplinowi. Całkiem w porządku. No i gratis :D


A to na dole to coś typowo hiszpańskiego.... Dużo hałasu, dużo dymu, wielki tłum i sztuczne ognie w dzień. Jesli będe mieć chęci i czas to wrzucę filmik z tego "wspaniałego" widowiska. Tak naprawdę to ciężko zrozumieć po co to było. Ale ok, to ich tradycja. Z tym, że petardy brzmiały w mieście cały dzień i bawili sie nimi wszyscy, nawet ci co ledwo umieli chodzić. Z drugiej strony widać, że są z nimi wychowani, bo nie słyszałam ani jednej karetki. Chyba, że służba zdrowia funkcjonuje tak jak to pokazywały fallas :D

Na dole plac główny miasta pół godziny po zakończeniu "pokazu". Była druga po południu i towarzystwo było juz dość mocno zrobione. Hiszpanie nie bardzo umieją używać koszy na śmieci, co widać szczególnie na takich imprezach. Śmieci są wszędzie, tylko nie w koszach.




Gdy już miałyśmy dość Fallas to poszłyśmy pod stadion, ale niestety Mestalla była zamknięta.


Na dole Falla "dziecięca", jak dla mnnie jedna z lepszych.




Na dole z kwiatkiem szczęścia :D


Na dole centrum sztuki i nauki.



I dalej zdjęć brak bo padła bateria. Zresztą nie zostałyśmy na "crema" czyli spalanie, bo miałyśmy serdecznie dość huku i dymu. Zresztą tłum na pewno dużo większy niż podczas wybuchów w południe, i w dodatku pijany na pewno w sztok.
Już kierując się powoli do domu widziałyśmy ogromną grupę ludzi z jednego osiedla, wszyscy przebrani za małe dzieci, w dobrych humorach, każdy grał na czym potrafił, szli śpiewając, grając i tańcząc w stronę głównego placu (była godzina 7, więc z ich tempem i na 22 czyli godzinę crema zapewne dotarli).
Jedno Hiszpanom trzeba przyznać- bawić to oni się potrafią.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)