wtorek, 24 lutego 2009

Ben Bernanke

O tym, że poziom nauczania na Uniwersytecie w Alicante jest niski już pisałam, i teraz nie zamierzam sie powtarzac :D
Na zajęciach z polityki monetarnej nikt ze studentów hiszpańskich nie wiedział kim jest Ben Bernanke (w ogóle nie kojarzyli).
Dziś na inżynierii finansowej poznałam kogos kto zadziwił mnie początkową swoją wiedzą, która była niezwykle wysoka jak na przeciętną hiszpańską. Nawet się pochwalił, że umówił sie z profesorem prowadzącym zajęcia (tak, te z inzynierii finansowej) że pokaże mu platformę transakcyjną na które przeprowadza transkacje, bo profesor chciałby zobaczyć jak się spekuluje w rzeczywistosci, a nie tylko w teorii. Nie wiem już czy to smutne czy śmieszne.
W każdym razie pełna nadziei zapytałam kolegi, "ale ty wiesz kim jest Ben Bernanke?".
Kolega próbował być sprytny, ale niestety nie trafił....Odpowiedź: "nie wiem duzo o Polsce, ale to akurat jest znany Polak".

niedziela, 22 lutego 2009

Karnawałowe szaleństwo






















































































































































Ostatecznie wczoraj zamiast iść na imprezę do Elzy postanowiłyśmy ruszyć do ALicante, co by zobaczyć jak wygląda karnawał .
Był to z pewnością dobry wybór :D
Ulice pełne poprzebieranych ludzi, na każdym, placu koncerty. Wszyscy pilą i palą zioło, istne szaleństwo.
Tylko ja muszę trochę odpocząc, bo w czwartek w Walencji kulminacja Fallas, które zaczęły się wczoraj i może być jeszcze ciekawiej.
Edytka:
Duża ilość Cuba Libre sprawiła, że pewnych istotnych szczegółów nie zauważyłam.
Nie dostrzegłam między innymi tego, że wszystkie ulice pokryte były wymiocinami i śmierdziały, i nikt nie kontrolował tego co działo się w mieście.

sobota, 21 lutego 2009

Karnawał nadpsuty przez Policję Lokalną















Karnawał zaczęłyśmy od wyjścia w czwartek do Havany. To specyficzne miejsce w centrum Alicante, gdzie przychodzą głównie Erasmusi. Muzyka średnia, ludzie średni, poznaliśmy za to Antonietę (ta na zdjęciu). Dziewczyna z Kalifornii, nie z Erasmusa. Powrót do mej mieściny San Vicente taksówką, bo Bianca nie chciała iść piechtobusem (co najwyżej godzinka).
Najważniejsza impreza w ALicante była w piatek. Z powodu mojego "lekkiego" bólu głowu stwierdziłam, że nie bedę nic pic i jedziemy samochodem. Przebrałyśmy się, odstawiłyśmy się i idziemy do samochodu. Hm... zaczynają się schody. Samochodu nie widać. Jak parkowałam ostatnio to ciężko było o miejsce i zaparkowałam dość daleko od mieszkania. I nawet upewniłam się, że można tam parkować-naprawdę to zrobiłam. Nic to. Szukamy jedną godzinę, drugą. Nie ma sensu. Stwierdzam, że przyjdę za dnia i na pewno znajdę. Musi gdzieś byc, miejsce do parkowanai było ok, a auto miało założoną blokadę skrtzyni biegów i każdy profesjonalny złodziej zauważy też na kołach sruby antywłamaniowe. Na pewno jestem zmęczona, auto jest brudne i może nawet przeszłyśmy obok i nie zauważyłyśmy.
Kupiłyśmy sobie piwa (Bianca nie pijąca jest więc liczba mnoga jest nie na miejscu). I w dużo gorszych humorach poszłysmy nie do Alicante, ale do mnie na mieszkanie. Niesamowiecie przejeta tym co się dzieje z samochodem wypiłam dość dużo i w sobotę rano dziwne deja vu jesli chodzi o moje samopoczucie. Nic to. Słońce świeci, ruszyłam na poszukiwania zaginionego samochodu. Chodzę po tych uliczkach i chodzę...widziałam, że zaparkowałam przy piekarni. Pytam sie ludzi gdzie tu są jakieś piekarnie (nie , nie wiedziałam jak nazywała sie ulica na której zaparkowałam). W końcu znalazłam piekrnię, gdzie byłam pewna , że to tutaj. Ale gdzie samochód? Wchodzę do środka i pytam czy czasem nie kojarzą tej marki przed drzwiami. Tak, kojarzą. Stał sobie. I wszystko było w porządku do piatkowego poranka. Na ścianie jest mała tabliczka, że w piatek do godziny 12 nie można parkowac z powodu dostawy towaru.
Noooo, nieźle. Ludzie wytłumaczyli mi jak dojść do miejsca gdzie składują samochody debilnych kierowców. Był tam, co prawda napolicyjnych dokumentach figurował jako samochód szary, i policjant nawet chwile się spierał, że mają taki jak szukam, ale jest szary, nie niebieski. Nie przekonało mnie to do pojechania do myjni.
Mandat za złe parkowanie należny policji zapłacić musiałam, nie można się odwoływać. Ale wisi nade mną jeszcze drugi, dla służb lawetowych za doprowadzenie auta na policję. Od tego mozna się odwoływac i zamierzam to zrobić. Parkowałam w nocy i żeby zoabczyć tą tabliczkę musiałabym z latarką jeździć po ścianie budynku.
Nic to. Dziś pożegnanie karnawału w mieszkaniu Elzy, na szczęście to w San Vicente.






















niedziela, 15 lutego 2009

Benidorm

Benidorm to jedna z najpopularniejszych plaży, jeśli nie najpopularniejsza miejscowość docelowa typowych europejskich turystów.
Nie udało mi się jednak znaleźć tam nic godnego uwagi. No może poza ptakami, które były dziwnie nachalne.
AA, było coś ciekawego. Przy plaży można skorzystać z darmowych urządzeń do ćwiczeń.







Średniowieczny targ- Orihuela

Coroczne Mercado Medieval w Orihueli przyciąga tłumy ludzi nie tylko z okolicznych miejscowości, ale i z całej Hiszpanii. Orihuela położona jest niecało 60 km od Alicante i jest jednym z wielu malowniczych miejscowości w Hiszpanii otoczonych górami.
Sam targ mnie zaskoczył. Stara częśc miasta była ucharakteryzowana, podobnie jak i jej mieszkańcy. Niezliczona ilość stanowisk kupieckich, gdzie można było kupić rzeczy, których w sklepie kupić nie można. Czekolada artesana- przygotowywana w tradycyjnej metodzie opartej na kamieniu była przepyszna. Zupełenie inna od "normalnej" czekolady.
Ręczne wyroby, od odzieży po meble, torebki, lalki, biżuterię. Ogromna ilość wyrobów spożywczych, nie tylko tradydyjnych słodkości, ale i mięs, serów, ciast.
Była też wata cukrowa :D Ale kosztowała 2 euro. CO chyba dużo jak na kawałek cukru.
I przedstawienia przygotowane przez dzieci dorosłych, przeróżne pokazy, coś wspaniałego :D
















































































poniedziałek, 9 lutego 2009

Toledo
















To nie była do końca zwykła wycieczka. Zaczęliśmy ją w dość ekstremalnym stylu, co nie było do końca dobrym pomysłem. Samo miasteczko bardzo ładne, a dla mnie punktem wycieczki była noc w hostelu gdzie można było się wyspać i UWAGA!! msza w Katedrze :) Jeśli ktoś będzie w Toledo to tej mszy nie można przegapić. I pisze zupełnie serio.


















Adam trochę był w średnim stanie po zupełnie nieprzespanej nocy (integrował się z Rene i nawet dobrze im szło)



















Minusem wycieczki była temperatura, która była dużo niższa niz jest w Alicante, ale przynajmniej nie było śniegu. Bo po drodze do Toledo widać było śnieg.
I tutaj ciekawostka. Hiszpańscy drogowcy chociaż mają dużo mniej sprzętu do walki z zimą niż w Polsce nigdy nie dadzą się zimie zaskoczyć. Sprzet do odśnieżania czekał co jakis czas na poboczu autostrady na wypadek gdyby spadł śnieg (widać takie były prognozy). A na tablicach informacyjnych wyświetlały się informacje, że sprzęt jest w gotowości, jednak należy uważać na nawierzchnię, jak i na stojące na poboczu maszyny.
Tak mi się przypomniało, że jadąc to z Polski A czwórką padał śnieg i nie spotkałam ani jednej odśnieżarki.









































































Glenda robiła zdjęcia w supermarkecie zabitemu królikowi. Ja zdecydowałam się na zrobienie zdjęcia niej (jej- polski to trudny język)

























































Miasto otoczone jest rzeką i widoki sa bardzo przyjemne. Zdanie brzmi banalnie ale naprwade sa ładne a tak poza tym to nie wiem czemu podkreśla mi tekst i nie umiem tego wyłączyc :D


























































































Dziś pomogłam na campusie jednemu zagubionemu erasmusowi płci zeńskiej. Szukała biura kontaktów z zagranicą nie mówiac po hiszpańsku i dopiero dotarła tu z Belgii. Niestety nie wiedziała, że miała czas na przyjazd do ubiegłego piatku.

wtorek, 3 lutego 2009

Picie po hiszpańsku

Jak się pije w Hiszpanii?
Oczywiście wiadomo jak się pije w klubach, barach itd. Ale w domu?
Wczoraj moja współlokatorka miała urodziny. To pijemy ...wódkę.
Ale nie tak normalnie. Przede wszystkim chodzi o tą wódkę, albo nie przede wszystkim. W każdym razie w Polsce była kiedys taka wódka co nazywała się Lodowa, bo Starogardzka przy niej to luksus. A przy tej tutaj Lodowa to afrodyzjak nieosiągalny. Właśnie taką miał Rene z rosyjską etykietą i plastikową zakrętkę co kosztuje niecałe 5 euro.
Nie no-spoko, studenci muszą oszczędzać.
Przyniósł kieliszki, pamiętam że na mieszkaniu na Noakowskiego byly podobne. Tak duże, że nie chciało się pić.
Ale...przezyłabym to. Ale ciepła wódka bez przepity?
Pytam się dlaczego bez przepity. A oni, że jak to z przepitą? To tłumaczę, że obok powinniśmy mieć szklanki z jakimś napojem. A oni pytają, ale z czym? Z piwem?
No to piliśmy taką ciepłą najtańszą wódkę w kieliszkach jak kielichach i bez przepoi.
Bo tak się pije.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Rebajas sobre rebajas!

Czas przecen w centrach handlowych w pełni, ale w Polsce ceny nie schodzą do tak niskich poziomów jak tutaj :D
Oto wynik moich dzisiejszych zakupów:


Torebka za jedyne 1 euro















I kozaczki za....trzy euro :D

Revolutionary Road

Co by się troche odchamić to poszłam z Blanka i jej comapnerą de piso do kina na Revolutionary Road. Film baaardzo dobry, ale tylko dla mnie. Dziewczyny uważały, że postać grana przez Kate Winslet była wariatką, podczas gdy dla mnie ona była jedynąnormalna osobą. I szkoda im było diCaprio, podczas gdy dla mnie był piiiiiiiii. Ale tak w ogóle to chciałam polecić wszystkim ten film. A osoba z wariatkowa w tym filmie rządzi :D

niedziela, 1 lutego 2009

ciężkie życie studenta

Weekend dla erasmusa to rzecz naprawdę ciężka. Zaczyna się w piątek dość wcześni ei bardzo szybko nie do końca wiadomo czy to wciąż piatek, czy już sobota, czy może niedziela. Ostatni piątek zaczął sie na tarasie mojego hostelu.
Mialo przyjść parę osób to poszłam wcześniej na taras przygotować wszystko. Siedzi sobie parka i rozmawia po francusku. Przy ich stoliku jest dużo foteli, to pytam lamaną francuszczyzną czy mogę je zabrać. Kobieta mi opdowiada że mówi po angielsku jeśli tak będzie mi łatwiej (czyli źle z moim francuskim). To wymieniamy parę zdań po angielsku po czym siadam przy innym stoliku. A kobieta po chwili mówi, że tak w ogóle to jest polką. No, to przeszliśmy na język ojczysty :D
Po kilku godzinach ruszyliśmy na miasto, i tam było naprawdę fajnie. Dijeje w tym mieście naprawdę wymiatają. Piwo kosztujue komo 2,5 euro, wodka z redbullem juz 6 euro. Wiedząc, że w sobotę są urodziny Giuli i imprezę skończyliśmy jak jeszcze było ciemne.














To w piątek w pierwszym miejscu do jakiego poszliśmy


Wsobotę ledwo wstałam poszłam zwiedzać zamek z Blancą. łaziłysmy tam ponad 5 godzin. Po czym ledwie co zdążyłam wrocic do odmu i ruszyc na imprezę do Giuli. Tam....same kobiety przygotowujące jedzienie i dwa psy. Ale jedzenie wymiatało- sushi, francuskie naleśniki, tortilla,
guacamole, ciasto zrobione przez Giulie, wino, poncz...... Nawet sama zrobiłam trochę sushi i
musze powiedzieć że mi wyszło :D Jedna laska była co wyglądała na dwadzieścia kilka lat i ja do końca byłam pewne, że jest z erasmusa....a tu ona ma 37 lat i jest znajoma znajomej.














O góry robimy sushi, a na dole Giulia zdmuchuje świeczkę :D











































Ja byłam nieziemsko zmęczona po prawie całodziennym chodzeniu
Fotki z zamku robione były komórką i wrzuce je jakoś innym razem. Po kolacji poszliśmy na miasto i skończyliśmy na szczęście przed piątą. Za duzo ludzi i nawet nie dało się tańczyć. Poza tym przyczepiła się jakaś grupa nachalnych gości.

AA! I zmieniłam dziś mieszkanie :D Siedzę w salonie, Rene ogląda finał Nadal-Federrer, tej drugiej dziewczyny jeszcze nie ma. WIeczorem idziemy z Blanką do kina na Revolutionary Road. Można powiedzieć, że jedziemy do miasta :D bo obie mieszkamy teraz w Sant Vicente.